01 sierpnia 2017

Myśl

Bardzo aktualny cytat z Tischnera (za prof. Gadaczem):

Czasem trzeba się przeciwstawiać Polsce, która jest, w imię tej, która być powinna

Że opuszcza Bóg Antoniusza

Usłyszałem kiedyś w radiu Michała Łanuszkę śpiewającego piosenkę Cohena "Aleksandra odchodzi". Wykonanie i aranżacja świetne. Wcześniejsze wykonania Łanuszki, np. piosenek Nohavicy, mnie nie zachwycały. Tym większe zaskoczenie.

Zaraz sięgnąłem do oryginału, ale przede wszystkim do pięknego wiersza Kawafisa, który Cohen sparafrazował:

Jeśli znienacka, o północy usłyszysz,
jak przeciąga niewidzialny pochód
z cudowną muzyką, z gwarem głosów -
wtedy losu, co w końcu zawiódł cię, trudów,
co poszły na marne, planów, które wszystkie
okazały się pomyłką, nie opłakuj bez sensu.
Jak ktoś od dawna gotów, ktoś odważny,
pożegnaj ją, tę odchodzącą Aleksandrię.
Przede wszystkim nie oszukuj się, nie mów,
że to był tylko sen albo że słuch cię zmylił.
Taką próżną nie poniżaj się nadzieją.
Jak ktoś od dawna gotów, ktoś odważny,
uznany za godnego, by żyć w takim mieście,
podejdź spokojnym krokiem do okna
i ze wzruszeniem, ale nie z błaganiem,
nie ze skargami tchórzów,
słuchaj tej wspaniałości ostatniej, tych dźwięków,
cudownych instrumentów mistycznego pochodu,
i pożegnaj ją, pożegnaj Aleksandrię, którą tracisz.

02 lipca 2017

Przyjaciele

Mimo nałogowego oglądania "Przyjaciół", po raz pierwszy obejrzałem ostatni odcinek. Skończył się tak jak powinien 😊 Przy okazji jednak trochę refleksji nt. fenomenu tego serialu. Kiedy był nadawany po raz pierwszy, nie byłem nim szczególnie zachwycony. Wyżej ceniłem sobie serial "Jack and Jill", również traktujący o grupie przyjaciół, ale - jak pisał Wojciech Orliński w Gazecie Telewizyjnej - nie będących idiotami. Tamten serial szybko zniknął, po jednym chyba sezonie. TVN nie pokazał nawet tyle - przerwali emisję w trakcie. 

No więc nic nie zapowiadało, że kilkanaście lat później będę oglądał namiętnie wszystkie sezony po kilka razy. Trochę w tym tęsknoty za utraconą młodością - w chwili emisji bohaterowie byli mniej więcej w moim wieku. Może nawet więcej niż trochę. No i nostalgia za światem, który był prostszy i wydawał się bezpieczniejszy. Niby to już czas po pierwszej wojnie w zatoce, ale wieże WTC w czołówce nadal jeszcze stały.

Cała szóstka wiedzie beztroskie życie w Nowym Jorku, nie martwiąc się bardzo o pieniądze. Nawet Joey, który na początku zapożyczał się u Chandlera, od pewnego momentu dość mocno stanął na nogi, dzięki roli w "Dniach naszego życia". Gdzie im tam do problemów i rozterek millenialsów. Jedyne ich problemy, to problemy sercowe. 

I to chyba jest klucz do sukcesu - łatwe i spokojne życie, a jeśli nawet pojawiają się jakieś problemy osobiste, to dzięki przyjaciołom nie są takie straszne. No i postaci - można się zżymać na odloty Phoebe, wieczny sarkazm Chandlera, pedanterię Moniki, ale nie sposób ich nie lubić.

Scenarzyści nie wszystkim postaciom pozwolili się jednakowo rozwinąć: Joey i Phoebe, w przeciwieństwie do pozostałej czwórki, zostali w miejscu. Co prawda Phoebe wychodzi za Mike'a, ale ona sama nie zmienia się wiele. A Joey pozostaje Joey'em. 

Ostatnia scena, sześć kluczy na blacie. Koniec.

PS. Moje ulubione postaci to Chandler i Rachel. Chandler ze względu na największy dystans i zdrowy rozsądek. I taką nieoczywistą męskość. Podobno w którejś wersji scenariusza miał być gejem. 

Rachel z kolei, bo jest urocza w swojej początkowej niedojrzałości, a z drugiej strony wie, czego chce i to zdobywa. To taka typowa córeczka tatusia, ale nieobca jest jej wrażliwość i poświęcenie. 

25 grudnia 2016

Zdjęcia, które czasem się udają 2

Zalakaros, 6 lipca 2009 r. Przystanek w drodze do Chorwacji, nocleg u uroczego polsko-niemieckiego małżeństwa w Gästehaus Zum Goldfisch. Wieczorny spacer i nawykowe robienie zdjęć. I nagle ten kadr - czarna granitowa postać kobiety i dziewczyna przypominająca Natalie Portman. 


03 listopada 2016

Węgry. Znów.

I znów Węgry, i znów Varga. Ledwie zacząłem Langosza w jurcie, a już poznaję ten nastrój, który towarzyszył mi przy Gulaszu z turula i Czardaszu z mangalicą. Do tego kupiłem dzisiaj w Lidlu wino z Villany, niestety dość podłe, którym, z braku czegoś lepszego, znieczulam się.

Węgry mnie fascynują jako kwintesencja środkowoeuropejskości, a jednocześnie jako miejsce jakoś odrębne i wyjątkowe. Bliskie, pokrewne, czytelne, a przecież niezrozumiałe. Skąd te resentymenty, żywe i bolesne wspomnienie o układzie z Trianon? Jak po 100 latach i dwóch światowych wojnach tłumaczyć niechęć do bogu ducha winnych Słowaków? Skąd ta ciężka kuchnia? Jak ten niezbyt liczny naród uchował się w słowiańsko-germańskim żywiole?

Wiem tyle, że na Węgrzech czuję się dobrze, swojsko. Zaraz po przekroczeniu granicy rumuńsko-, chorwacko-, austriacko-, czy serbsko-węgierskiej wydaje mi się, że dom się znacznie przybliża, że to już prawie Polska, tylko z mniejszą ilością Polaków. Co akurat jest zaletą 😊

Fenomenem jest też przyjaźń węgiersko-polska. Sam tej sympatii do Polaków, ze strony innych nacji niezbyt przecież nachalnej, doświadczałem. 

Efekciarstwem i pójściem na łatwiznę byłoby stwierdzenie, że Węgier to taki Polak, tylko bardziej. Choć prawdy w tym trochę oczywiście jest. Cierpiętnictwo, kult klęsk narodowych mamy bez wątpienia wspólne. Punkt wyjścia jednak zupełnie inny, choć punkt dojścia znów jakoś podobny. 

Nie wiem. Wiedzy mi brakuje, żeby jakąś hipotezę postawić. Czy jest mi ona jednak niezbędna? Wino z Villany do szczęścia wystarczy. 

11 sierpnia 2016

Zdjęcia, które się czasem udają

Lipiec 2005 r. Nieplanowany postój koło kościoła w Orawce we właściwym momencie.


Lásko voníš deštěm

W 2001 roku, będąc służbowo w Pradze, jako miłośnik Jaromira Nohavicy, chciałem koniecznie zobaczyć Rok diabła, który od niedawna był wtedy w kinach. Nawet udało mi się namówić na to moje towarzyszki. Niestety nie dało się tego pogodzić z naszymi planami i skończyło się na kupieniu cedečka ze ścieżką dźwiękową w Bontonie. Oprócz piosenek Nohavicy i Čechomora jest tam piosenka Lásko voníš deštěm w wykonaniu nie znanej mi wtedy Marii Rotrovej. Piosenka zupełnie inna od pozostałych - piękny, kobiecy, głęboki głos i te słowa, których przecież nie rozumiałem, poza tytułem.
Rok temu dowiedziałem się, że jest to czeska wersja piosenki Black Sabbath She's Gone, do której słowa napisał nie kto inny jak właśnie Jaromír Nohavica. Tekst oryginalny prosty, banalny wręcz: on ją kochał, ona podobno jego też, chciał żeby została jego żoną, ale nagle jej się odmieniło i jego życie straciło sens. A Nohavica napisał wiersz, moim zdaniem jeden z najlepszych - smutny i głęboki. 

Idzie deszcz, a ja z nim,
Przez miasto, które znam
i szukam śladów wczorajszych, wczorajszych 
Idę w tę samą stronę 
i wspominam
i wszystko zda się piękniejsze. 

Kochanie pachniesz deszczem,
powiedział tu,
myślę że wiatr wtedy wiał, że wiatr wiał. 
Minęło już wiele lat,
płaszcz swój mi dał,
za duży był, ale grzał,
piękna miłości ma. 

Jak długo, długo jeszcze,
do ciebie iść,
życie człowieka krótkie jest, krótkie jest 
kochanie pachniesz deszczem, 
z zamieci jesteś,
lecz grzejesz tak jak wtedy dziś. 

I deszcz jak wtedy pada,
ta sama ja,
czasem w zegarze jakiś głos, jakiś głos,
byłeś tu zawsze i teraz, choć w ukryciu, jesteś, 
w twych mokrych śladach deszcz trwa,
o, miłości ma. 


Myśl

Bardzo aktualny cytat z Tischnera (za prof. Gadaczem): Czasem trzeba się przeciwstawiać Polsce, która jest, w imię tej, która być powinna